Gruzja

Gruzja
Termin: 22-27.06.2014r
Ilość osób: 1

This slideshow requires JavaScript.

Koszty:

Przejazd Lublin- Warszawa- Lublin- 60 zł (Contbus)
Przelot Warszawa- Kutaisi- Warszawa- 280 zł (Wizzair)
Marszrutka (bus) Kutaisi lotnisko- Kutaisi dworzec kolejowy – 5 Gel ok 9 zł
Pociąg Kutaisi-Tbilisi – 17 GEL – ok. 30zł
Marszrutka (bus) Tbilisi- Kazbegi 15 GEL (z postojami na fotki) -ok.27 zł
Marszrutka (bus) Kazbegi- Tbilisi 10 GEL (bez postojów :)
Bus Tbilisi- Sighnaghi – 6 GEL -ok.10 zł
Taxi Sighnaghi – Szlak winny- Tbilisi- 30 Gel -ok 55 zł
Pociąg Tbilisi-Zugdidi – 18 GEL -ok. 32 zł
Marszrutka (bus) Zugdidi- Mestia -20 GEL -ok.35 zł
Marszrutka (bus) Mestia- Kutaisi – 25 GEL -ok. 45zł
Taxi Kutaisi- Jaskinia Promoteusza- Lotnisko Kutaisi 8 GEL/os -ok 15 zł

Noclegi:

Kazbegi ( Nazi Guesthouse ) 35GEL//os ( z całodziennym wyżywieniem- ok 60 zł
Sighnaghi (Guesthouse Maia ) 30 GEL/os z całodziennym wyżywieniem- ok 55 zł
Mestia – ( Nano Guesthouse ) 35 GEL/os z całodziennym wyżywieniem- ok 60 zł

Suma kosztów (bez wyżywienia): ok. 800 zł/os

27 czerwca, kiedy wracałem z Gruzji, dowiedziałem się, że podpisała ona właśnie tego dnia umowę stowarzyszeniową z Unia Europejską. Jest to więc symboliczny krok do zmian, które jeszcze tu zajdą w najbliższym czasie. Mam jednocześnie nadzieję że to, co w niej piękne- ludzie, zwyczaje, miejsca- pozostaną jak najdłużej dziewicze.

Po przylocie do Kutaisi z Warszawy o 20:40 ( zmiana +2h do czasu Polskiego), marszrutką odjeżdżającą spod lotniska dojechałem do dworca kolejowego Kutasi I (5 GEL).
Mimo znalezionych w internecie informacji, jakoby pociąg odjeżdżał spoza Kutaisi, jest to zdecydowanie miejsce w obrębie miasta. Razem ze mną na pociąg nocny- kuszetkę

do Tbilisi czekało jeszcze fajne małżeństwo Polaków. Dworzec wydawał się opuszczony, przez pewien czas zastanawiałem się nawet jak się do niego wchodzi ;) a jedynym pozytywnym jego elementem był mały sklep całodobowy z wódką. Razem z nowymi znajomymi nie omieszkaliśmy go odwiedzić jeszcze kilka razy przed odjazdem. Pociąg odjechał punktualnie o 00:25- był to wagon doczepiony nieco później do większego składu, jadącego z Batumi. Mimo wcześniejszych ostrzeżeń wyczytanych na farach, ukazujących zadymiony, nie do wytrzymania duszny wagon, okazało się, że nikt tam nie palił a na dodatek w każdym 4 miejscowym przedziale z łóżkami jest cos co przypomina klimatyzator :) W cenie biletu można odebrać od kierownika wagonu.

Około 06:30 dotarłem do Tbilisi. Spało się wygodnie i każdemu polecam tą formę transportu, jako alternatywę dla marszrutki, którą jedzie się mniej komfortowo i dociera do stolicy Gruzji ok 02:00 co wymaga organizowania noclegu i płacenia za niego. Nocny pociąg załatwia ten problem idealnie :)

Z dworca kolejowego, który jest raczej w dość opłakanym stanie (z wyjątkiem części kasowej), od razu pojechałam metrem (0,5 Gel za przejazd- kupujecie plastikową kartę, którą doładowujemy dowolną kwotą w okienku kasy na każdej stacji. Każde przejście przez bramkę metra pobiera własnie 0,5 GEL) do stacji Didube, z której odjeżdżają m.in. busy do Kazbegi (inna nazwa to Stepancminda). Czekałem ok godziny, aż uzbiera się cały bus chętnych na ten kierunek i jak się okazało, byli to sami

Polacy. Czekając na zebranie się kompletu, zaczęliśmy wymieniać się informacjami o planach, praktycznych informacjach itp. Od razu wytworzyła się między nami fajna atmosfera. Nikt nie gwiazdorzył, a na to jestem szczególnie uczulony. Na ludzi, którzy starają się stworzyć wrażenie, że wszędzie byli i juz wszystko widzieli :) Tu nikogo takiego nie było.

Do Kazbegi ruszyliśmy ok. 9:00 i jechalismy ok 3 godzin (cena 15 GEL). W międzyczasie zatrzymywaliśmy się w ciekawych miejscach na fotki- Jezioro Żinwalskie, nad którym znajduje się szesnastowieczna twierdza Ananuri, i robiącą niezwykłe wrażenie widokowe- pomnik… jak na ironię- przyjaźni rosyjsko- gruzińskiej. Tam koniecznie trzeba się zatrzymać. Widoki niezapomniane.

W międzyczasie namawiam resztę grupy na zatrzymanie się w Nazi GuestHouse, u której mam już zarezerwowany nocleg. Reszta grupy jeszcze nie raz będzie się podśmiewać, że mam jakiś gratis od Nazi za bycie naganiaczem ;) Nazi okazuje się niezwykle sympatyczna gospodynią. Lokuje nas wszystkich- 7 osób w jednym pokoju. Od razu możemy też posmakować pysznych przekąsek, które dla nas przygotowała, zanim jeszcze wyjdziemy w trasę.

I tak po krótkiej regeneracji sił, jesteśmy gotowi na trasę do klasztoru Cminda Sameba. Droga zajmuje nam pieszo ponad godzinę, a wybieramy dosyć hardkorową drogę, bo w dobrym towarzystwie nawet trudna trasa jest jakby łatwiejsza. Co jakiś czas mijają nas samochody terenowe, w których zapewne zastanawiają się, po cholerę się tak męczyć na piechotę ;)

Tuż przed szczytem spotykamy niezwykłą przylepę- przeuroczego psa, który okazał się świetnym obiektem do zdjęć. I nie prosił za to nawet o 1 GEL :)
Liczyliśmy na super widoki i takie też są, choć czujemy się nieco rozczarowani brakiem widoku górującego nad tym terenem Kazbegu. Mamy więc powód aby powrócić tu następnym razem. Klasztor, choć niewielki, ma w sobie jakąś niezwykłą aurę tajemniczości. Do środka można wejść tylko po przepasaniu się zakrywającym nogi materiałem, a kobiety dodatkowo z nakryciem głowy. Można je bezpłatnie pożyczyć na miejscu. W samym miejscu świętym panuje przejmująca cisza.

Przy okazji Kasia, która sama postanowiła odwiedzić Gruzję, opowiada nam 2 historie z jej udziałem, które przekonują, że kobieta samotnie podróżująca po Gruzji ( i zapewne w wielu innych miejscach też) musi być bardzo czujna.
Wracamy do Nazi w międzyczasie zahaczając o restauracyjkę, w której zamawiamy pierożki chinkali. Są pyszne. W centrum miasta kupujemy 5l butlę z rzekomo dobrym, czerwonym winem i czaczę. Wieczorem po przepysznej, obfitej kolacji, siedzimy do późnych godzin, bo Rafał postanowił ku uciesze nas wszystkich nauczyć nas gry w

Tryktraka (zwanego też Backgammon’em)- planszowej gry narodowej Gruzinów. Co chwile dolewamy wina, które do czasu dotarcia do Kachetii taszczymy jeszcze ze sobą, wierząc, że nie jest takie złe. Po Kachetii każde inne wino jest grzechem przeciwko winiarstwu :)

Wspaniali ludzie maja w sobie siłę przyciągania, dlatego zmieniam plany, i choć miałem zostać dzień dłużej w Kazbegi, postanawiam jechać z nowymi przyjaciółmi do Kachetii przez Tbilisi. W samym Tbilisi każdy z nas próbuje kupić na dworcu kolejowym interesujące nas połączenia na kolejne dni. Każdy, mimo tego, że na całym dworcu tylko 1 kasjer mówi po angielsku, ostatecznie załatwia sprawę po jego myśli. Większość pojedzie wieczornym pociągiem do Batumi, a ja wybiorę inna destynację.

Do Sighnaghi, jednej z najpiękniejszych jak się później okazało miejscowości w Gruzji docieramy marszrutką z dworca Samgori (kilka stacji metrem z dworca kolejowego) i już na miejscu, po testowaniu u naszych gospodarzy – Mai i Geli, domowego wina ( najlepszego jakie do tej pory piłem, a niejedno już piłem ;) wybieramy się na piechotę do Monastyru Bodbe, niedaleko Sighnaghi. To miejsce gdzie znajdują się relikwie Św. Nino i cudowne źródełko. Odradzam jednak schodzenie do samego źródła, jeśli coś poważnego Wam nie dolega, policzyliśmy z chłopakami – to ok 1300 stopni w obie strony. Poza tym na prawdę poważnie chory nie dotrze tam, po padnie po drodze ;)

Koniecznie napijcie się wina po drodze z Bodbe do Sighnaghi w małej restauracyjce z zapierającym dech w piersiach widokiem na okolicę i góry Kaukazu.
Po powrocie, w związku z urodzinami Pawła, wspólnie biesiadujemy do późna przy towarzystwie tego najlepszego pod słońcem wina.

Następnego dnia super sprawa- przez naszą gospodynię, zamawiamy dla 5 osób (Kasia niestety musiała po śniadaniu wracać, bo tego dnia miała lot powrotny do domu :( trip taksówka po tzw. Wine Road. Ustalamy, że podstawiony będzie jakiś bus lub duży samochód, bo z kierowcą 6 osób to na zwykłą osobówkę za mało i jak się okazuje… przyjeżdża zwykły osobowy. Justyna na kolanach swojego chłopaka Pawła przejedzie w tej pozycji kilkugodzinny kawałek ;)
Samo Wine Road okazuje się strzałem w dziesiątkę i każdemu to polecam. Za 30 GEL/os odwiedzamy oddalone o ok godzinę drogi 3 winiarnie, a w każdej z nich możemy posłuchać o historii wina, jego różnych smakach, procesie produkcji itp. Możemy również wypróbować różne smaki. Nie trzeba być smakoszem win, żeby mimo to taki sposób zwiedzania okazał się na prawdę fajny. Po winiarniach jedziemy do Tbilisi, skąd po przepysznym obiedzie, reszta załogi wyjeżdżą pociągiem ok 18:30 w okolice Batumi, a ja zwiedzam Tbilisi. Mam na to ok 3 godzin Mam super pogodę (która z resztą towarzyszyła mi przez cały wyjazd) i z Placu Wolności, przy którym jedliśmy, udaje się pieszo pod monument Matki Gruzji, skąd rozpościera się genialna panorama, po czym kolejką gondolową zjeżdżam na dół do parku, przy którym znajduje się. m.in. „most- podpaska” ;) – most pokoju oraz budynek w kształcie dwóch połączonych tub- teatr- już na ukończeniu budowania.

Docieram w końcu metrem na pociąg nocny- kuszetkę, gdzie razem z moimi poznanymi pierwszego dnia znajomymi jadę do Zugdidi. Pociąg wyjeżdża o godz. 21:10 a na miejsce dociera ok 06:25. Spod dworca odjeżdża już po chwili marszrutka do Mestii, stolicy Swanetii (20 GEL). Bagaże są zapakowane przez kierowcę na górny bagażnik. Nie jest zaskoczeniem, że to głównie turyści stanowią pasażerów busa. Jedzie z przerwami na zdjęcia (głównie przy robiącej oszałamiające wrażenie zapora Inguri- druga największa na świecie zapora łukowa), kierowca zabiera nas też do małej restauracyjki gdzie zamawia na swój koszt przepyszne gruzińskie placki z mięsem.

W Mestii jestem już ok 11:00- więc po 4 godzinach jazdy. Widoki po drodze powodują, że choć po kolejnym zdjęciu aparatem obiecuje sobie go wyłączyć, nie ma takie opcji :) W Mestii wybieram się po zameldowaniu w Nano Guesthouse, na 4 godzinną trasę trekkingową nieoznaczonym specjalnie szlakiem, po górzystych terenach. Swaneckie wieże robią jeszcze większa wrażenie na żywo. To koniecznie trzeba zobaczyć! Mestia jest czymś pomiędzy wsią a miastem, można tu spotkać zarówno ganiające po ulicach ( w Całej Gruzjii w zasadzie to częsty widok) krowy, świnie i kozy. Jest tu również bardzo nowoczesny budynek policji, co również jest charakterystyczne dla całego kraju. Nawet w mniejszych miejscowościach najbardziej okazałym budynkiem jest zazwyczaj komisariat policji.

Nano Guesthouse to oddzielny temat. Bardzo dużo forów zawiera polecenia tego miejsca noclegu i w zasadzie ja równiez przyłączyłbym sie do tej opinii, gdyby nie to, że odniosłem wrażenie że właścicielką jest niezwykle oschłą, zasadniczą osobą. Spodziewałem sie uśmiechniętych pracowników i typowo „gruzińsko gościnnej” właścicielki. Tutaj było jednak zupełnie inaczej. Być może się mylę, ale Nino wydaje sie być jakimś lokalnym szefem zarządzającym całym transportem i zakwaterowaniem w Mestii. Sam nocleg, o ile jest w nowym budynku, jest bardzo jak na warunki Gruzińskie komfortowy. Jedzenie, choć również zachwalane przez innych, którzy już tu byli, mnie nie zachwyciło. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy może jest ze mną wszystko ok, skoro wielu mówi, że tu jest tak nadzwyczajnie. No, ale takie było moje szczere odczucie i nie będę udawał, że jest inaczej.

I mega pozytywny aspekt- poznałem u Nano kolejne fantastyczne osoby- 4 dziewczyny z Poznania, z którymi od razu złapałem świetny kontakt. Następnego dnia, tuz po śniadaniu, ok 7:00 wyjechaliśmy razem z Mestii do Kutaisi (25 GEL). Do wylotu z Kutaisi mieliśmy cały dzień (wylot 21:10), więc po dotarciu do centrum (choć dotarcie było cudem- kierowca o mały włos wszystkich by nas zabił z powodu swojej mega kłótni z innym kierowcą i prędkości, których żaden bus nie powinien w żadnych okolicznościach rozwijać a tym bardziej nie na Gruzińskich drogach) i pozostawieni bagażu w … sklepie spożywczo-przemysłowym ;) udaliśmy się do… tak wiem to straszne- do McDonalda a potem do nieopodal położonego parku, aby chwile odpocząć, siedząc w cieniu i delektując się wspólnym towarzystwem :) Pogoda tego dnia nas nie oszczędzała. Dałbym sobie głowę uciąć… że było ponad 40 stopni ;) Dziewczyny w drodze powrotnej, na bazarze kupiły przyprawy dla siebie i jako prezenty dla bliskich. Trzeba przyznać, że te aromaty mocno wchodziły w nozdrza :)

Przy odbiorze naszych bagaży, zaczepia nas jeszcze właściciel sklepu i przekształca sie to (nie pierwszy raz w Gruzji), w częstowanie pysznym białym winem domowym oraz rozmowy o życiu. Klienci jakby nigdy nic, robią zakupy a my drinkujemy z właścicielem. Ostatecznie, ponieważ wino nam smakuje, właściciel wysyła kogoś ze swoich do domu, aby przyniósł dla nas jeszcze butelkę na drogę. Na koniec wyściskujemy się serdecznie a nasze humory są w fantastycznym stanie.

Po zakupach, ponownie z dworca autobusowego złapaliśmy taxi do Jaskini Prometeusza, która znajduje się jakieś 30 km od Kutaisi. Przypomnę, że jechaliśmy w 6 osób jednym samochodem, więc komfort był może niski, ale za to atmosfera fantastyczna! Wejście do jaskini, mimo zapewnień na forach, jest płatna i kosztuje 7 GEL/os, można również wybrać opcję na końcu trasy przepłynięcia łódką fragmentu jaskini za dodatkowe 7 GEl, jednak my wybraliśmy w pełni opcję pieszą. Na koniec docieramy do miejsca z którego małą kolejką wracamy do startu :)
Ostatecznie wracamy taksówką na lotnisko i mimo ustalonej kwoty 30 GEL za przejazd z nami całej trasy, wręczamy taksówkarzowi 40 GEL, ponieważ okazał się niezwykle miłym, troskliwym… po prostu dobrym człowiekiem.

Lot powrotny o 21:10. Na lotnisku konfiskata małego mydła turystycznego, z podejrzeniem że jest to trotyl ;)
W tym kraju nie można się nie zakochać !

Praktyczne informacje:

Warto, o ile to możliwe, wcześniej zakupić bilety kolejowe, ponieważ jest na nie spory popyt. Jeśli będziecie chcieli robić to przez internet, po zarejestrowaniu się na stronie:

http://tickets.railway.ge/login.aspx?lang=en-US

można spróbować kupić bilet. Ja miałem jednak z tym problem, system nie otwierał okna płatności. Poniekąd rozwiązaniem była zmiana proxy przeglądarki na gruzińskie, np. 178.236.54.124 na porcie: 8080. Wówczas okno płatności kartą kredytową pojawiało się, ale i tak nie udało mi sie przejść procesu zapłaty. Jednak z tego co wiem

inni nie mieli na tym etapie problemu.

Warto zabrać ze sobą do Gruzji jakieś drobne podarunki. Gruzini sa bardzo serdeczni i gościnni. Warto byłoby odwdzięczyć się choć jakimś małym prezentem, najlepiej z flagą Polski.

Przelot helikopterem z Tbilisi do Mestii, na którego tak wielu Polaków polowało, został do odwołania już dłuższy czas temu zawieszony. A szkoda, bo połączenie niskiej ceny- ok 90 GEL z widokiem gór Kaukazu, na pewno niejednego by zachęcił do takiego szybkiego i ciekawego przemieszczania się.

Jeśli jedziecie taksówką, niech nie zdziwi Was przy dłuższych trasach konieczność zatankowania pojazdu, który co ważne trzeba opuścić na czas napełniania gazem. Wynika
to z tego, że w Gruzjii jeździ się na metanie, który u nas ze względu na duże ryzyko łatwopalności, a mówiąc jeszcze bardziej wprost- wybuchowości, jest zakazany do zastosowań w instalacjach samochodowych.

Ludzie spotykani w podróży

Ludzie spotykani w podróży…

Do tej pory zawsze skupiałem się na samych odwiedzanych miejscach i tamtejszych mieszkańcach, ich kulturze, zwyczajach itp.
Wyjazd do Gruzji przekonał mnie również, jak wartościowe jest spotkanie po drodze innych podróżnych, z którymi można dzielić się swoimi doświadczeniami, zaplanować chociaż cześć wspólnej trasy, czy po prostu się trochę powygłupiać 

I co ważne, mam na myśli praktycznie samych Polaków. Jak wiadomo Gruzja jest coraz bardziej popularną destynacja dla nas. Nie trudno spotkać więc tu rodaków. W ciągu tych zaledwie 5 dni cześć podroży spędziłem czas w sumie z 3 grupami osób z Polski. Poznaliśmy się przy okazji, po drodze, a od każdego z nich nauczyłem się czegoś ciekawego i co najważniejsze, czysto po ludku, byli to fantastyczni ludzie.

Słyszałem już wiele opinii o naszych rodakach za granicą, ale jak do tej pory mam same pozytywne doświadczenia. Pewnie ma na to wpływ też typ podroży i miejsce do którego się jedzie.

 

Wenecja

Wenecja (+Praga)
Termin: 12-17.05.2014r
Ilość osób: 2

This slideshow requires JavaScript.

Koszty:
Przejazd Lublin- Warszawa- Lublin- 60 zł (Contbus)
Przejazd Warszawa- Praga- Warszawa 92 zł (Polski Bus)
Przelot Praga- Wenecja- Praga- 78 zł (Wizzair)

Noclegi:
Praga- Hostel Mosaic House 42 zł/noc/os. -
Wenecja Mestre (15 min autobusem do dworca na głównej
wyspie Wenecji) Apartament prywatny rezerwowany przez
AIRBNB.com – 350 zł/70 zł/noc/os.
Przejazd Lotnisko Treviso – Centrum Treviso- Mestre 3,5 euro/os ( jest to najtańszy sposób o połowę tańszy niż bezpośredni bus lotniskowy! – Nr 6 spod lotniska do Treviso Centrale- stacji kolejowej – stamtąd do Mestre Centrale pociągiem).
72 godzinny bilet na transport w Wenecji – 25 euro

Suma kosztów (bez wyżywienia): ok. 750 zł/os

Wenecja- miasto na wodzie a w zasadzie cała laguna złożona z kilku wysepek. Ten wyjazd chodził mi dawno po głowie, ale ze względu na cenę lub konieczność wylotu spoza Polski nie czułem się wystarczająco zmobilizowany. 78 zł o obie strony z Pragi przy dobrym połączeniu Polskim Busem przekonuje :)

Po przeczytaniu ostatniej książki mojego ulubionego Dana Browna „Inferno”, był dodatkowym atutem, zważywszy na to, że kulminacyjna część książki dzieje się właśnie w Wenecji.
A i jeszcze jedno, mój ulubiony czarno biały plakat z czerwonym elementem gondoli tuz pod Mostem Westchnień też zachęcał, żeby zobaczyć to miejsce :)
W czasie całego pobytu z wyjątkiem jednego dnia, pogoda była bardzo dobra, w przeciwieństwie do tego co działo się w Polsce, non stop deszcz i stany powodziowe.
Jak zawsze zabrałem ze sobą e-booka, tym razem ze świetną książką „Samsara” Tomka Michniewicza, więc przy dobrej książce podróżuje się przyjemniej :)

Do lotniska w Treviso dotarłem w poniedziałek 12 maja z samego rana i zgodnie z planem wybrałem opcje taniego przejazdu- bus nr. 6 spod lotniska ( 1,30 euro/os) do dworca kolejowego w centrum Treviso. Tak złapałem jeżdżący dość często pociąg do Venecia Mestre (uwaga- nie Mestre Ospedale, a jeśli jedziecie do samej Wenecji to wysiadacie na ostatnim dworcu Santa Lucia). Porównywałem wcześniej ceny noclegów w samej Wenecji i zdecydowanie okazało się, że o wiele taniej i spokojniej jest jak dla mnie nocować własnie w Mestre. O zaledwie 15 minut autobusem do samej Wenecji.

Na miejscu noclegu bylem już ok 8:30 i po skorzystaniu z prysznica i szybkich zakupach w lokalnym markecie (szczególnie polecam Bille, Coop’a i Pam- są dość powszechne i tanie), wybrałem się do Wenecji.
Po 15 minutach stałem już nad kanałem Canal Grande, które robi na prawdę duże wrażenie. Kupiłem bilet jednorazowy na Vaporetti (wygodne, szybkie tramwaje wodne, łączące kilkunastoma liniami w zasadzie każdy ważny punkt laguny), nr. 1 to trasa po całym Canal Grande aż do Lido. Ja wysiadłem przy placu San Marco i tam zacząłem zwiedzanie.

Każdy kto mnie zna wie, że niestety niekoniecznie jestem fanem zwiedzania muzeów,kościołów itp. miejsc związanych z kultury, chyba że wnętrze robi na prawdę duże wrażenie. I tak tez było w przypadku – bazylika św. Marka i pałac Dożow jest niezwykłym dziełem architektury.
Trudno sobie wyobrazić ilu turystów musi tu być juz w pełnym sezonie, ale już w połowie maja, obok wód kanałów, płynie rzeka ludzi. Im głębiej w mniejsze uliczki, tym spokojniej. Zdecydowana większość wybiera utarte, główne szlaki, a warto zaszyć się poza nie.
Wenecja to nie tylko główna wyspa ale również te okoliczne, do których również można dotrzeć na pokładzie Vaporetti.

Moim odkryciem, na które poświęciłem cały kolejny dzień były z pewnością Murano i Burano oraz Torcello. Zupełnie inną wyspą jest z pewnością Lido. Do każdego z tych miejsc warto dotrzeć juz sprzed głównego budynku dworca kolejowego. Ja wybrałem trasę obok wyspy San Michele, wyspy-cmentarza, otoczonej murem. W Murano spacer uliczkami w ciepły, słoneczny dzień daje okazje do zrobienia licznych, pięknych zdjęć. Samo Murano to w zasadzie grupa siedmiu małych wysp połączonych mostami.
Dowiedziałem się, że choć to Rzymianie i Grecy zapoczątkowali wyrób przedmiotów ze szkła, to mieszkańcy Wenecji i Murano udoskonalili jego produkcję. Pod koniec XIII wieku wszystkie piece szklarskie z Wenecji przeniesiono dla bezpieczeństwa na Murano – miało to zapobiec groźbie pożarów w mieście.
W niemalże każdym nie-gastronomicznym punkcie handlowym na wyspie możecie zakupić wszystko, co można by było sobie wyobrazić jako produkt ze szkła a wszystko to w pięknych formach, kształtach i kolorach.
Jednak to Burano było moim największym odkryciem.
Niezwykłe kolory domów, każdy inny, intensywny, zazwyczaj kontrastujący z sąsiednim. Wyspa była znana już od XIVw z produkcji oraz wytwarzania koronek, dlatego też znajdziemy tu również ciekawe muzeum koronkarstwa.
Jest tu kilka miejsc, w których po zaopatrzeniu się w dobre wino z kartonu (a włoskie wina z kartonu są na prawdę smaczne- ja kupowałem za 1,5 euro 1l- białe) i pyszna pizze z Prosciutto warto oddalić się w kierunku bardziej zielonych terenów nadbrzeżnych, poza ścisłym centrum miasteczka.

Z Burano popłynąłem na nieopodal leżąca Torcello. Na samej wyspie mieszka zaledwie 18 osob, za to turystów dociera tu bardzo dużo, głównie z jednym celem, aby zobaczyć Bazylikę
Santa Maria Assunta z VII. Zabytek mimo swojego wieku, zachował się w bardzo dobrym stanie. Dla osób, które nie skupiają się na zwiedzaniu muzeów może wydać się nawet, że jest to nieco nudne miejsce. Mimo to uważam, że warto je zobaczyć :)

W Torcello, z krótkim przystankiem w Burano i Wenecji, docieram w końcu do Lido, często nazywane Plażą Wenecjan. I nie bez powodu. 12 km wyspa to miejsce do którego chętnie docierają nie tylko turyści ale również okoliczni Wenecjanie. Długie piaszczyste plaże to dobre miejsce na przyjemne chwile ze słońcem. Spora część plaż jest prywatna i przynależy do znajdujących obok hoteli, jednak znajdziecie tu również spora cześć bezpłatna ogólnodostępną. Co ciekawe to na Lido odbywa się corocznie Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji. Przyjeżdżając tu
więc w odpowiednim momencie, można sie poczuć jak w wielkim
świecie :)tym bardziej, że jest to najstarszą impreza filmowa na świecie. Pierwsza jego edycja odbyła się w 1932 roku.

W samej Wenecji najbardziej podobały mi się:

1) Canal Grande to główny korytarz transportowy Wenecji- najlepiej przepłynąc Vaporetti nr 1 spod dworca kolejowego.
2) Wyspa Burano
3) Wyspa Murano
4) Most Rialto (Ponte de Rialto)
5) Plac św. Marka (Piazza San Marco) z Bazyliką św. Marka
(Basilica di San Marco)
6) Pałac Dożów od strony Piazetty (Palazzo Ducale)
7) Targ Rialto
8) Basilica di Santa Maria Gloriosa dei Frari
9) Basilica di Santa Maria della Salute
10) Kościół San Giorgio Maggiore

I tak zwiedzałem przez 5 dni, choć 3,4 wystarczyłoby spokojnie. Jest to miejsce do którego na pewno wrócę.

Ciekawe informacje:

Wenecja w całości znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Most Westchnień (Ponte dei Sospiri)- kojarzy się z nieszczęśliwą miłością. Jest jednak inaczej. Most z kamiennymi kratami w oknach łączy Pałac Dożów z dawnym więzieniem. Z tego mostu można było ostatni raz zobaczyć Wenecję przed uwięzieniem. Tędy był prowadzony słynny Casanova, który swoja drogą zbiegł z więzienia.
W Wenecji zbudowano największą na świecie choinkę za szkła. Miała siedem i pół metra wysokości, trzy metry średnicy i ważyła trzy tony.
W Wenecji kręcono reklamę leku przeciwbólowego APAP :)

Porady praktyczne:

Zastanów się ile dni będziesz korzystać z transportu publicznego – zdecydowanie najlepiej wychodzi zakup na kilka dni, choć moim zdaniem 3,4 dni to wystarczająco sporo żeby zobaczyć najważniejsze miejsca w Wenecji.

Najtaniej zakupić bilety przez stronę:

http://www.veneziaunica.it/en/ecommerce/composer

Jak zawsze w każdym mieście, w którym koszty jedzenia nie są całkiem tanie, warto rozważyć wybór noclegu z dostepem do kuchni takich jak np. wynajem pokoi czy całych apartamentów, w domach prywatnych, np. przez Airbnb.pl (ja korzystałem z oferty https://www.airbnb.pl/rooms/1719998 )

Aby wejść do wnętrza bazyliki San Marco trzeba stać w dość
długiej kolejce, która jednak szybko się przesuwa. Jeśli masz plecak (nawet niewielki), czy torbę to z nimi do środka nie wpuszczają. Są wielkie informacje przed wejściem. Trzeba iść do Ateneo San Basso – przechowalni bagażu i tam go zdeponować. Wywieszone są wskazówki jak tam trafić.

 

Planowanie czy cel ?

Wczoraj przy okazji rozmowy z kolegą dotarło do mnie, że najwięcej przyjemności przynosi mi samo planowanie podroży, wyczekiwanie, potrzeba poznania nowych miejsc, ludzi, doświadczenia tego co jeszcze nieznane… niż samo przebywanie w zaplanowanej destynacji. Chyba najwyższa pora zastanowić się nad tym i doceniać jeszcze bardziej też już ten cel do którego docieram :)

tumblr_n1ipqbCLKd1st5lhmo1_1280

Izrael

Izrael- Tel Awiw, Jerozolima: 1-3.04.2014 r.

Pod zdjęciami opis podróży :)

This slideshow requires JavaScript.

Osób uczestniczących w wyjeździe: 1

Koszty:

Pociąg Lublin-Katowice-Lublin 79 zł/os (InterRegio)
Nocleg- Hostel Katowice (ul.Andrzeja 19- idealna lokalizacja przy dworcu) – 30 zł/os
Bus Katowice-Lotnisko Pyrzowice- Katowice- ok 15 zł (KZK GOP)
Bilet Lotniczy Katowice- Tel Awiw (Ben Gurion Airport)- Katowice 202 zł/os
(wyłącznie bagaż podręczny do 10 kg)
Tel Awiw- Jeruzalem- Tel Awiw 70zł/os (Bus, pociąg)- (76 ILS)

Linia lotnicza: Wizz Air
Termin: 1-3.04.2014 r.
Nocleg: „Hostel Jerusalem”- Jaffa Street 44, Jerusalem (przez Booking.com)
Cena noclegu: 140 zł/2 noce/os (160 ILS)

Przykładowe ceny:
Falafel – od 6-15 ILS
Woda 0,5l – od 5 ILS
Humus danie – od 20 ILS
Tramwaj Jerozolimski- ok. 9 ILS
Sok pomarańczowy- świeżo wyciskany – od 5-20 ILS

Suma kosztów (bez wyżywienia) ok. 530 zł/os

Pomysł na Izrael pojawił się w mojej głowie o wiele wcześniej, ale coraz więcej dobrych ofert z Katowic ostatecznie zadecydował.
Pewnie wiele osób zapytałoby jaki jest sens jechać na niecałe 3 dni z Lublina przez Katowice do Tel Awiwu. Dla mnie nie był to żaden problem. Sama podróż a nie tylko cel daje mi dużo przyjemności 

Wybrałem podróż pociągiem InterRegio z Lublina do Katowic 31.03.2014 r. za 19 zł w promocji. Wieczorem byłem już na miejscu i po szybkich zakupach- nocleg w hostelu, na prawdę idealnie położonym, tanim (30 zł) i dosyć komfortowym.
Następnego dnia przejazd z centrum Katowic- po poszukiwaniach najtaniej bo za ok 9 zł autobusem KZK GOP z przesiadką w Kamieniu- czas przejazdu ok 1,5 godziny.
Przylot o ok 20:30 czasu lokalnego i przejazd z lotniska Ben Guriona do Jerusalem Central Bus Station, busem żółto białym linii Nesher (ok 37 zł- 41 ILS). Jeśli Wasze miejsce noclegu jest znacznie oddalone od dworca autobusowego warto przemyśleć opcje nieco droższą z podwiezieniem pod wskazany konkretny adres – za ok 60 zł). Ja wybrałem opcje pieszą bo miałem tylko 20 minut do hostelu.
Hostel Jerusalem mieści się w centralnej części jednego z głównych deptaków – Jaffa Street, tuż obok kompleksu sklepowego Ben Yehuda Street.
Pokój 8 osobowy z łazienką ok. 70 zł/noc co jest najlepszą chyba opcją- jakość/ceny w tym regionie. Dostępny również WIFI bezpłatnie na terenie całego hostelu. Pościel, dostęp do 2 komputerów z internetem, proste śniadanie w cenie noclegu.

Wieczorny szybki spacer + pyszny falafel na dobranoc 

Następny dzień zaczynam o ok. 8 rano, teraz już coraz bardziej rzuca się w oczy częsty widok typowych Żydów z kapeluszami, pejsami i ciemnym strojem oraz wszechobecnych żołnierzy, można by rzec nawet- nastolatków. Powszechna służba wojskowa w Izraelu jest obowiązkowa dla wszystkich izraelskich obywateli powyżej 18 roku życia. Mężczyźni służą trzy lata, a kobiety dwa lata. Zaczynam od zwiedzania starego miasta w dzielnicy chrześcijańskiej, przez Via Dolorosę (w dzielnicy muzułmańskiej) do cmentarza muzułmańskiego (tuż za Lwią bramą), przez Kościół Narodów u stóp Góry Oliwnej, okolice Cerkwi św. Marii Magdaleny, aż do cmentarza żydowskiego i miejsca z którego rozpościera się fantastyczna panorama na dużą część Jeruzalem, szczególnie wzgórza świątynnego.

Powrót przez okolice Ściany Płaczu ( warto odnaleźć tu punkt widokowy dokładnie na przeciwko ściany), aż do samego wzgórza świątynnego, jednego z największych obszarów sakralnych na świecie, znajdującego się obecnie na terenie części muzułmańskiej. W starożytności na jego terenie znajdowała się Świątynia Jerozolimska, najświętsze miejsce judaizmu. Obecnie na wzgórzu są święte dla muzułmanów: Kopuła na Skale i meczet Al-Aksa (trzecie najświętsze miejsce islamu). W czasach biblijnych wzgórze nosiło nazwę Moria.

Jedyne wejście dla zwiedzających, niebędących muzułmanami, znajduje się od strony Bramy Gnojnej, po rampie po przejściu kontroli bezpieczeństwa. Wejście możliwe jest tylko w określonych godzinach. Ja osobiście wchodziłem od 13:30.

Zwiedzanie starego miasta kończę na najmniejszym kwartale- ormiańskim, do którego udaje się na zewnątrz murów miejskich, przechodząc przez Bramę Dawida w której moim celem było zobaczyć Katedrę św. Jakuba (niestety jest otwarta dla zwiedzających tylko przez pół godziny dziennie).
W południowo-zachodniej części Starego Miasta znajduje się Wzgórze Syjon, gdzie w miejscu, w którym zgodnie z wiarą chrześcijańską Maria spędziła swoją ostatnią noc- ciekawe architektonicznie Opactwo Zaśnięcia Matki Boskiej.

Wieczorem powrót do hostelu. Kilkanaście kilometrów na nogach w wysokiej temperaturze powietrza daje się we znaki. Trzeba odpocząć na wieczór.

Następnego dnia wstaje rano i jadę z Central Bus Station busem nr. 405 za 19 ILS do Tal Awiwu jest to najtańsza opcja przejazdu. Po niecałej godzinie dojeżdżam do nowego centralnego dworca autobusowego w TLV. Budynki w obu tych miastach dworcowych są na prawdę ogromne. Piechotą udaje się do starożytnej Jaffy, co zajmuje mi ok. 40 minut. Starówka, choć mała, jest bardzo ładna. Co ważne rozpościera się z tej części fantastyczny widok panoramiczny na wybrzeże samego Tel Awiwu z niezwykłymi plażami ciągnącymi się tuz koło promenady kilometrami. Docieram obok muzeum Etzel House na plaże, na której spędzam kilka godzin, spalając się niemiłosiernie jak się później okaże. Wracam na lotnisko przez dworzec kolejowy HaShalom (16 ILS).

Kontrola bezpieczeństwa to oddzielny temat w Izraelu.
Na lotnisku Ben Guriona, jak radzą niektórzy należy być co najmniej 3 godziny przed odlotem i ja do tego się stosuję, choć mając bagaż podręczny. Ostatecznie całość odprawy zajmuje około godziny, choć jest to w moim przypadku dość nieprzyjemna godzina.

Dokładny wywiad prowadzony przez bardzo młodą dziewczynę, wydawać by się mogło nastolatkę skutkuje naklejką na paszporcie, 5/6 w skali oceny ryzyka zagrożenia dla bezpieczeństwa Izraela, którą miałem przyjemność otrzymać, a którą poprzedziła seria pytań. 3 pieczątki w paszporcie (jedyne), Tunezji, Maroka i Egiptu nie mogły skończyć się inaczej. Pojawiło się m.in. pytanie o to, jak miały na imię osoby z którymi podróżowałem do Maroka, gdzie w hostelu był przechowywany bagaż i oczywiście czy mam w nim broń. Z resztą postanowili to dokładnie sprawdzić. Ostatecznie skonfiskowali mi statyw bo okazało się ze zdaniem 18- letniej agentki bezpieczeństwa stanowi on poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa lotu Wykonano także badanie elementów bagażu na obecność narkotyków.

Ciekawe jest to że pociąg dojeżdża na terminal 1, z którego trzeba podjechać jeszcze shuttle busem do terminalu nr 3, tam odbywa się wspomniana kontrola, po jej przejściu zawozi nas wewnętrzną częścią lotniska bus ponownie na terminal nr 1 z którego odbywa się wylot. Przylot do Katowic o godzinie 00:30, nocleg na lotnisku a z samego rana, autobusem do Bytomia i z przesiadka w Katowicach wygodnie z pociągu do Lublina 

To był krótki ale bardzo pozytywny wyjazd. Nie mogę się doczekać kolejnych. Za miesiąc już relacja z Wenecji, a niedługo dodatkowo krótki filmik z Izraela 

CIEKAWOSTKI:

Izrael jest 14 razy mniejszy od Polski.

Izrael jest jednym z najbardziej wykształconych krajów na świecie z największą ilością inżynierów, naukowców i doktorów na mieszkańca.

Pod Ścianą Płaczu obowiązuje ściśle przestrzegana segregacja płciowa. Mężczyźni modlą się po lewej stronie, a kobiety po prawej.

Tel Awiw ma 14 km plaż. Plaża Jerozolimska niedaleko meczetu Hasan Bek jest podzielona na część męską i żeńską.

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

Turyści mogą skorzystać z trzech bezpłatnych pieszych wycieczek po Tel Awiwie z angielskojęzycznym przewodnikiem. O szczegóły należy pytać w wydziale turystyki Urzędu Miejskiego (tel. 03/5218214) albo w biurach informacji turystycznej.

Bardzo przydaje się aplikacja w telefonie, np. na androidzie z mapa offline Izraela. Ja osobiście korzystałem z Izrael Offline Map i bardzo ją sobie chwalę. Świetnie się sprawdzała w połączeniu z GPS’em choć zapewne zwykły Google Maps tez dałby rade offline 

Świetny opis opcji dojazdu z lotniska Tel Awiw Ben Gurion do Central Bus Station w Jerozolimie w filmiku:

https://www.youtube.com/watch?v=Sw0w8dZpYhQ&list=PLnuxXwb91qg7fw0fGBrEa6IjqIQ9drPm5&index=9

Kontynenty- Festiwal Podróżniczy

Kto nie był na Festiwalu Podróżniczym Kontynenty – Lubelskie Spotkania Podróżnicze, niech żałuje 

Dlaczego warto uczestniczyć w takich wydarzeniach?

Moja mała, subiektywna opinia…

Jak dla mnie, to wartość merytoryczna odpowiednio połączona z dobrą organizacja logistyczną, to klucz. I tak też w zasadzie było (z drobnym wyjątkiem ustawiania klimy w sali, ale na to akurat organizator nie miał podobno większego wpływu).

Piątek:

jako pierwszy, Patryk Świątek, jako tytułowy Pać-Man, zaprezentował swoja oryginalną podroż rowerem po Polsce. Oryginalną, bo trasę wyznaczał w dużym stopniu przypadek, rzucanie kostką określało każdego dnia, gdzie pojedzie. Przekonał chyba każdego, że Polska jest świetnym miejscem na niebanalne podróże.

Druga prezentacja, o Afganistanie, mnie osobiście nie porwała, choć ogromny szacunek mam do ludzi takich jak Roman Husarski, który opowiadają z wielkim zaangażowaniem o tym, jak się podróżuje po takich,wydawać by się mogło, niedostępnych dla przeciętnego zjadacza chleba miejscach.

Ostatni punkt piątkowy- film „Człowiek, który zjechał z Everestu”.
Z ekranizacji dziennika Yiuchiro Miury dowiadujemy się o jego zmaganiach ze stromym wzgórzem, silnym wiatrem, wreszcie o finale tej niezwykłej eskapady – krytyczne 6 minut zostało okrzyknięte najbardziej emocjonującym materiałem kiedykolwiek nakręconym – pod koniec filmu każdy zadawał sobie pewnie pytanie- uda mu się, czy nie uda.

Po filmie after party, w którym nie uczestniczyłem, więc się nie wypowiem 

Sobota:

Zastanawiałem się zarozumiale, czy pierwszy panel sobotni- warsztaty : „Jak się spakować w podroży” – będzie zawierał rady, których wcześniej nie słyszałem 
I nie rozczarowałem się. Pewne rzeczy się wie, o pewnych warto sobie przypomnieć, a pewne są nowością, jak np. te dotyczące tego, na jak długo przed wyjazdem należy się wydepilować 

Paweł Hadrian zafascynował mnie swoją opowieścią o wyprawie w Andy. Udowodnił, że Peru to nie tylko i wyłącznie Lima, Cusco i Machu Picchu, a Boliwia to Titicaca i La Paz. Mam teraz więcej powodów, aby w końcu odwiedzić Amerykę Południową.

Bartosz Piziak, potrafiący zapewne najskuteczniej w Polsce znaleźć najbardziej dogodny lot w najbardziej nawet odległe destynacje, prowadzący z Marcinem Mentelem lowcylotow.pl, zbieracz podstawek pod piwo z całego świata, opowiedział o Islandii.
Opowieść połączona z fantastycznymi zdjęciami, pokazała z różnych perspektyw ten niezwykle piękny i zmienny pogodowo teren.
I jak na Bartka przystało, całość okrasił wieloma ciekawostkami z tamtych terenów.

W planie imprezy było też miejsce na spotkanie autorskie. Gościem był Mateusz Janiszewski ze swoim psem  Jego książka ” Dom nad rzeką Loes” była przyczynkiem do tej rozmowy prowadzonej przez Barta Szaro.

Muszę jednak przyznać, że nie udało mi się wkręcić w tematykę, którą przedstawiał Mateusz, być może dlatego, bo sam książki nie czytałem, a specyfiką spotkań autorskich jest ewidentnie dobra znajomość twórczości autora. Okazałem się więc w temacie problematyki Timoru Wschodniego niestety ignorantem.

Panel dyskusyjny o tematyce rowerowej był tym punktem na który szczególnie czekałem. Zapewne większość obecnych na festiwalu, podobnie jak ja, nie przemieszcza się na dużych dystansach w ten sposób, tym bardziej robi wrażenie i co chyba tez ważne, mobilizuje, żeby spróbować tej formy podróżowania. Poznaliśmy cienie i blaski takich wypraw. Los Wiaheros głównie o części Azjatyckiej, Piotr Strzeżysz o Bajkale na rowerze, Jakub Rybicki o Tybecie i Piotr Światek o Polsce. Miejsca różne, ale dało sie odczuć niezwykłą spójność w ich odczuwaniu wolności z powodu tej formy podróżowania.
Ja sam tez chyba się wybiorę… na początek do Woli Uhruskiej z Lublina, częścią 110 km Centralnego Szlaku Rowerowego Roztocza. Czekam tylko na dobra pogodę 

Alicja Rapsiewicz i Andrzej Budnik dopełnili całości prezentacji swoją opowieścią o podróży rowerem po Chinach. Alicja nie przepadająca za ciężkimi podjazdami i Andrzej nie mogący dogonić Alicji na prostej  to para, która na mnie zrobiła duże wrażenie.

Poruszający film Home S.O.S Ziemia! dopełnił całości imprezy przed sobotnim after party.

Podsumowując…

Festiwal, to duży zastrzyk pozytywnej energii dla każdego, kto szuka inspiracji podróżniczych, chce poznać myślących nieszablonowo, posłuchać i porozmawiać o tym, jak ciekawie spędzić, choć część swojego życia. Ja osobiście na pewno pojawię się na kolejnym festiwalu, którego już teraz nie mogę się doczekać.

10175987_691903047519966_2038774276_n

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.